Chernobyl wali w łeb ruskim młotkiem

Fenomenalne kino zbudowane na oszałamiającej historii, ze wspaniałą obsadą i klimatem, który wciska w fotel. Od tego się nie można oderwać. Film łapie i trzyma tak długo, aż nie wybrzmią ostatnie akordy tragedii, która rozegrała się na naszych skórach trzydzieści lat temu. Historii, której nie znamy.

Kiedy w 86 roku ojciec zabrał mnie do jakiejś higienistki, by wypić racjonowaną potajemnie jodynę, słowo Czarnobyl otaczał paniczny szept. Niektórzy przebąkiwali o konieczności ewakuacji z Polski, inni o wojnie atomowej, jeszcze inni o katastrofie na skalę światową. Tylko oficjalna propaganda w bratnim tonie informowała o postępach w usuwaniu skutków awarii. Polską rządził Jaruzelski, sowiecko sojuszniczy zamordysta – aż dziw dziś. Krótko mówiąc, gdy toksyczna chmura szła nad Europę nie mieliśmy żadnego dostępu do wiarygodnych informacji. I to się nie zmieniło przez trzydzieści lat. Niesamowite, ale do wczoraj nie uświadamiałem sobie, jaka historia stoi za Czarnobylem. Co się tam działo w tych pierwszych godzinach.

Przede wszystkim historia!

Aż trudno uwierzyć, że coś takiego leżało niezagospodarowane przez „Hollywood” tak długo. W tym jest wszystko! Autentyzm, dramat, heroizm, osobiste wybory, starcie z groteskowym systemem totalitarnej władzy, zwyczajne ludzkie dramaty. I to wszystko naprawdę! Przede wszystkim nigdy nie wyobraziłem sobie – Bóg wie dlaczego – przed czym stanęli ci ludzie w pierwszych godzinach po eksplozji, jakiego rodzaju pasztet zaserwował im los i czego od nich zażądał. Prości zwyczajni inżynierowie z ukraińskiego zadupia. Nie spodziewałem się, że za historią sowieckiej wtopy, takiej typowej komunistycznej niedoróby, kryją się heroiczne postawy ludzi, mających przed sobą ostateczny wybór: moje życie, czy światowy fakap.

Po drugie, obsada! Aktorzy dobrani są skromnie, spoza szeregu pierwszoplanowych gwiazd, z największymi nazwiskami których się w sumie na co dzień nie kojarzy (Jared Harris, Emily Watson) lecz z twarzami, które się zapamiętuje i które są wiarygodne.

Po trzecie, produkcja! Wnętrza, rozmach, scenografia, dbałość o detal i zachowanie klimatu epoki, umiejętnie oddany komunistyczny erzatz, lokacje itd. Zniszczona fabryka wygląda jak ze zdjęć telewizyjnych z tamtych dni, płonie na naszych oczach i zieje grozą. Sowiecka Rosja wygląda wiarygodnie, dużo lepiej niż w wielu innych amerykańskich produkcjach serwujących wyobrażenie Komuny. Tu jest jak żywa. Gdyby jeszcze aktorzy mówili po rosyjsku złudzenie byłoby pełne.

Po czwarte, zdjęcia i reżyseria umiejętnie podkreślające grozę sytuacji, dramat bohaterów, nawarstwiający się horror. Przede wszystkim nieuchronność katastrofy, jej ogrom i dewastującą potęgę. Piwnice elektrowni kojarzą się z piekłem.

I po piąte muzyka, która ma w sobie jakość aparatury do pomiaru promieniowania, stanowi tło gdzie trzeba, a podkreśla nieuchronność losu gdzie indziej i mrozi krew w żyłach.

Po prostu jestem w szoku. I nie ma znaczenia, że na gorąco nie potrafię zweryfikować historycznej dokładności filmu. Po prostu w nią wierzę.

Straciłeś prawo jazdy za punkty? Albo zdasz za pierwszym razem, albo… zaczynasz od zera

W poniedziałek 1 lipca weszło w życie nowe rozporządzenie Ministra Infrastruktury wydane do Ustawy o kierujących. Utrudni ono WORD-om intencjonalne oblewanie kandydatów na kierowców – ale to dopiero od 2020 roku. Za to już teraz wchodzą w życie przepisy, które wzbudzą najwięcej emocji: zmieniają sposób traktowania tych, którzy stracili prawo jazdy np. za punkty i teraz próbują je odzyskać.

  • Ten, kto oblewa egzamin kontrolny, traci uprawnienia i musi zapisać się na kurs dla kandydatów na kierowców
  • Od 2020 roku jeden egzaminator będzie mógł w ciągu doby przeegzaminować najwyżej dziewięciu kandydatów na kierowców
  • Nowe rozporządzenie Ministra Infrastruktury rujnuje biznesplany WORD–ów żyjących egzaminów powtarzanych wielokrotnie i trwających 10 minut

Kierowca, który przekroczył dopuszczalny limit 24 punktów karnych, nie traci automatycznie prawa jazdy. W takim wypadku otrzymuje on od organu, który prawo jazdy wydał (starosty) wezwanie na egzamin kontrolny: ma obowiązek w określonym terminie stawić się w WORD (Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego) i umówić się na egzamin. Egzamin wygląda tak samo jak ten, który zdają kandydaci na kierowców, przeprowadzany jest przez WORD i składa się z części teoretycznej i praktycznej. Jeśli kierowca go zda, to zachowuje prawo jazdy, a jego konto zostaje wyzerowane.

Czytaj więcej: https://www.auto-swiat.pl/wiadomosci..

Motorynka – marzenie wszystkich dzieci PRL-u

Fabrycznie wykonane polskie motorynki pojawiły się w roku 1978, ale ich historia zaczyna się w początku lat 60., a i nazwa także pochodzi z tamtych czasów.

Młodszym czytelnikom „Automobilisty” słowo motorynka kojarzy się z małym jednośladem wytwarzanym przez bydgoski Romet w przynajmniej trzech wersjach, którego produkcja zakończyła się w roku 1994 wraz z upadkiem wytwórcy. Obecnie na rynku pozostały jedynie produkty zagraniczne i dość spore ilości już zabytkowych krajowych jednośladów przeznaczonych dla najmłodszych. Warto się nimi zainteresować, bo po pierwsze są ładne, a po drugie naprawdę nasze

ponym3_01

Historia motorynek

W numerze 13/1961 tygodnika „Motor” zostały opublikowane rysunki prymitywnego jednośladu napędzanego silnikiem rowerowym, którego wykonanie miało stać się poważnym krokiem w politechnizacji młodzieży. Słowo politechnizacja niemal przestało istnieć we współczesnej polszczyźnie, a jego fizyczną realizację można ujrzeć właśnie przy restauracji i eksploatacji np. motorynek z Rometu. W latach 60. przywiązywano sporą wagę do nauczania praktycznego młodych ludzi wielu pożytecznych umiejętności. Wszak zbudowanie motorynki, nawet przy dużej pomocy dorosłych, wiązało się z poznaniem procesów projektowania, czytania rysunków technicznych, zdobywania właściwych materiałów, a potem umiejętności warsztatowych związanych z gięciem rur, spawaniem, gwintowaniem, szlifowaniem, lakierowaniem itp.

silnik-romet-komar-motorynka-rys-ogar-pony-kadet-5669036

Opublikowane w „Motorze” rysunki trafiły na podatną glebę i już w kilka miesięcy później powstała pierwsza motorynka wykonana przez uczniów – Marka Kosińskiego i Wojciecha Gesterna (dzisiaj zapewne przechodzą na emeryturę i ciekawe, jak ta budowa wpłynęła na ich losy). Przyjęła się też bardzo ładna i trafna nazwa motorynka zaproponowana przez dziennikarzy „Motoru”. Zatem sama nazwa dobiega już pięćdziesiątki, chociaż powszechnie uważa się, że narodziła się razem z trzydziestoletnią „zaledwie” motorynką z Rometu.

Wkrótce warszawski Pałac Młodzieży (zlokalizowany w PKiN) rozpoczął konstruowanie motorynek, które powstawały bez szczegółowych planów, ale za to pod okiem doświadczonych instruktorów. Koszt motorynki tam wykonywanej określano na 3000-3500 złotych, w tym silnik MAW (2000 zł), a więc koszt ten nie był mały – motorower Komar czy Żak kosztowały 4500-4800 złotych. Jednak dla większości młodych ludzi była to kwota astronomiczna, średnia pensja z trudem wystarczająca na skromne życie oscylowała wokół 2000 złotych.

Ja sam pamiętam, jak byłem zafascynowany zbudowaniem sobie motorynki, ale sprawa rozbijała się o koszt silnika i kół, które w warszawskich konstrukcjach pochodziły od szybowców lub od maszyn rolniczych. Wiele bezsennych nocy schodziło mi na „projektowaniu” własnego jednośladu i na marzeniach o podróżach nim. Niestety, nie udało się. Jednak innym się udało i kilkadziesiąt motorynek pojawiło się na polskich ulicach. Rejestrowano je jako motorowery, ale ponoć komuś udało się zarejestrować jako motorynkę. Pomimo że były to pojazdy bardzo niewygodne z racji braku resorowania kół, to jazda własnoręcznie wykonanym jednośladem musiała być czymś nadzwyczajnym.

Konkurs na najlepszą motorynkę

Sygnały o udanych konstrukcjach motorynek skłoniły redakcję „Motoru” do ogłoszenia w sierpniu 1962 konkursu na najlepszą polską motorynkę. Zdjęcie takiego pojazdu zamieszczono nawet na okładce, zamiast tradycyjnej o tej porze roku atrakcyjnej pani, w kostiumie kąpielowym przy jakimś pojeździe.

Konkurs zakończył się w grudniu 1962 i w ostatnim numerze z rocznika 1962 ogłoszono listę laureatów, zaś 20 stycznia 1963 roku pokazano kilka z nich. Za najciekawszą i najlepszą uznano motorynkę Janusza Komandera ze Szczecina z, jak napisano, silnikiem Gnom, jednak tu „Motor” popełnił błąd, gdyż motorynka była napędzana silnikiem rowerowym SM – poznańskiej firmy „Stefan Malcherek”, co zresztą widać na zdjęciach. Dzisiaj ten silnik jest rarytasem kolekcjonerskim. Drugie miejsce zajął Piotr Trocha z Mysłowic, trzecie Wojciech Dałek z Warszawy, czwarte Adam Dudzik z Nowej Huty, piąte Krzysztof Wierzbicki z Warszawy, a szósta była dziełem zespołowym Pałacu Młodzieży z Warszawy. Wszystkie, oprócz pierwszej, były napędzane silnikami MAW, a zgłoszono ich w sumie na konkurs trzynaście.

Motorynki dwóch pierwszych laureatów dość znacznie odbiegały od schematu. Celowo wymieniamy nazwiska wyróżnionych, bo być może odezwą się po latach. Konkurs nie zakończył oczywiście działalności konstruktorskiej kolejnych młodych ludzi i powstało jeszcze sporo motorynek.

W drugiej połowie lat 60. sklepy rowerowe zaczęły się pozbywać mało chodliwych wtedy silników rowerowych Gnom i MAW. Pierwsze można było nabyć za nieco ponad 500 złotych, zaś MAWy kosztowały około 1200 złotych. Ceny te znacznie urealniły koszty konstrukcji małych własnych jednośladów.

Więcej u źródła: https://www.auto-swiat.pl/wiadomosci/motocykle/motorynka-marzenie-wszystkich-dzieci-prl-u/7m2jw5t

Polska w światowej czołówce uczciwych znalazców portfeli

Mieszkańcy Polski należą do grona najuczciwszych znalazców portfeli na świecie. Z opublikowanego przez pismo „Science” badania wynika, że pod tym względem Polska plasuje się na szóstym miejscu. Liderami uczciwości są Szwajcarzy.

Liderem przeprowadzonego w 40 państwach świata rankingu jest Szwajcaria, w której znalezione portfele z zawartością pieniędzy oddało 79 proc. znalazców, zaś puste – 74 proc.

Równie wysoki wskaźnik uczciwych znalazców portfeli zanotowano w Norwegii. Te z zawartością pieniędzy wróciły do 79 proc. właścicieli, natomiast puste do 71 proc.

Polska – sklasyfikowana na 6. miejscu – jest krajem, w którym zwrot znalezionego portfela w niewielkim stopniu zależy od jego zawartości. Uczciwych znalazców portfeli z gotówką było 69 proc., podczas gdy tych, którzy oddali je pomimo faktu braku zawartości – 63 proc.

Poza Szwajcarią i Norwegią wyższy, niż w Polsce, poziom uczciwości wśród znalazców portmonetek zanotowano jeszcze w Holandii, Danii oraz w Szwecji.

Z kolei zaraz za Polską uplasowały się takie kraje, jak Nowa Zelandia, Czechy, Niemcy oraz Francja.

Najniżej w badaniu przeprowadzonym na terenie 355 gmin miejskich w 40 państwach świata wypadły Maroko, Kazachstan oraz Chiny. W ostatniej w klasyfikacji Chińskiej Republice Ludowo-Demokratycznej puste portfele zwróciło 7 proc. znalazców, zaś z zawartością pieniędzy – 22 proc.

W ramach badania przeprowadzonego przez naukowców z kilku szwajcarskich uniwersytetów na potrzeby studium wykorzystano 17 tys. portfeli, z których część była pusta, zaś pozostałe miały we wnętrzu od 13 do 94 dolarów.

Jak wyjaśnił koordynator badania Michel Marechal, ekonomista z uniwersytetu w Zurychu, podzielenie zawartości portmonetek na puste, z niewielką oraz z dużą ilością pieniędzy służyło potwierdzeniu hipotezy, że uczciwość wzrasta wraz z mniejszą zawartością znalezionych środków.

“Nieoczekiwanie otrzymaliśmy odwrotny wynik” – komentuje Marechal nawiązując do faktu, że częściej zwracane portfele posiadały w swoim wnętrzu pieniądze.

Włoski sąd chce, by społeczeństwo znało zagrożenia związane z telefonią komórkową

Sąd w Rzymie ogłosił wyrok zobowiązujący włoski rząd do rozpoczęcia kampanii informacyjnych w temacie ryzyka, jakie niesie za sobą korzystanie z domowych telefonów bezprzewodowych oraz aparatów komórkowych. Sprawę wytoczyło tamtejsze Stowarzyszenie na rzecz Zapobiegania i Zwalczania Elektrosmogu (A.P.P.L.E).

Trzy ministerstwa: Zdrowia, Środowiska i Edukacji, we wspólnym komunikacie prasowym przyznały, że istnieje potrzeba zwiększenia świadomości społeczeństwa w kwestii bezpiecznego korzystania z telefonów komórkowych. Decyzją sądu mają rozpocząć swoje działania w tej sprawie najpóźniej 16 lipca br.

Prawnik reprezentujący stowarzyszenie, Stefano Bertone, w wywiadzie dla „Microwave News powiedział:
”Wyrok włoskiego sądu ma ogromne znaczenie nie tylko dla Włoch, lecz dla całego świata. Dziś informacje dotyczące bezpiecznego korzystania są umieszczone, a raczej: ukryte, w instrukcjach obsługi telefonów komórkowych. To stanowczo za mało. Gdyby tak nie było, sąd przyznałby rację rządowi, że użytkownicy w temacie zagrożeń dla zdrowia są wystarczająco informowani.”

Przypomnijmy, że w 2012r. włoski Sąd Najwyższy przyznał odszkodowanie mężczyźnie, który nabawił się guza mózgu po tym, jak przez lata po kilka godzin dziennie używał w pracy telefonu komórkowego. Również we Włoszech, w Ivrei, sąd wydał podobny wyrok w 2017r. W obu przypadkach rentę wypłaca zakład ubezpieczeń społecznych.
Natomiast na początku tego roku w Wielkiej Brytanii rozpoczął się proces przeciwko jednemu z producentów telefonów komórkowych: Nokii. Sześćdziesięcioletni mężczyzna domaga się od koncernu odszkodowania za nerwiaka nerwu słuchowego, który jego zdaniem pojawił się na skutek wieloletniego korzystania z produktów tej firmy.

Warto również wiedzieć, że większość firm ubezpieczeniowych nie ubezpiecza producentów telefonów komórkowych od ryzyka, jakie stanowi dla zdrowia promieniowanie elektromagnetyczne emitowane przez oferowane przez nich urządzenia. Powinno nam dać to choć trochę do myślenia…

RODZAJEZAGROC5BBEC5833A

Rząd poparł przywrócenie prawa głosu dla Rosji

Polscy parlamentarzyści sprzeciwili się przywróceniu Rosji prawa głosu w Radzie Europy, które utraciła ona po aneksji Krymu i rozpoczęciu wojny we wschodniej Ukrainie. Tymczasem okazuje się, iż polskie władz już miesiąc wcześniej podczas spotkania Komitetu Ministrów Rady Europy w Helsinkach poparły powrót Rosjan do tego gremium.

Sprawę jako pierwsi ujawnili dzisiaj dziennikarze lewicowo-liberalnego Onetu.pl, czyli Witold Jurasz i Janusz Schwertner. Na łamach portalu napisali oni, że polski rząd poparł przywrócenie głosu Rosji w Radzie Europy, a zrobił to 17 maja podczas spotkania Komitetu Ministrów Rady Europy, które odbyło się w stolicy Finlandii. W Helsinkach przeciwko takiej decyzji opowiedzieli się szefowie rządów Ukrainy, Litwy czy Gruzji, natomiast ponad miesiąc później później sprzeciwili się jej również parlamentarzyści oddelegowani do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy.

Szefem polskiej delegacji na posiedzeniu Komitetu Ministrów Rady Europy był minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz, który zdaniem dziennikarzy Onetu.pl miał się rozłączyć zanim w ogóle zdążyli zadać mu telefoniczne pytanie na ten temat. Sam resort spraw zagranicznych potwierdził, że polski rząd poparł przywrócenie Rosji prawa głosu w tej międzynarodowej instytucji, przy czym podczas spotkania w Helsinkach nie było żadnego głosowania, lecz tylko przyjęcie deklaracji w tej sprawie.

„Decyzja ta była dyktowana poparciem zwiększenia efektywności i znaczenia Rady Europy, która od wielu miesięcy doświadcza kryzysów politycznych, finansowych i instytucjonalnych. Polska opowiadając się za decyzją, poparła m.in. uporządkowanie systemu monitoringu w Radzie Europy” – tak decyzję rządu tłumaczy MSZ.

Niemcy przejmują Unię Europejską

Rządowa propaganda zdążyła odtrąbić sukces, jakim ma być zablokowanie kandydatury socjalisty Fransa Timmermansa na szefa Komisji Europejskiej. Funkcję tę jednak obejmie niemiecka polityk, opowiadająca się zresztą za federalnym kształtem Europy, natomiast żadne z pięciu kluczowych stanowisk w Unii Europejskiej nie zostanie obsadzone przez jakiegokolwiek przedstawiciela Europy Środkowo-Wschodniej.

Według doniesień prorządowych mediów, premier Mateusz Morawiecki po powrocie z Brukseli miał zostać przywitany brawami podczas posiedzenia klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości. Samo środowisko obozu rządzącego przedstawia ustalenia unijnego szczytu jako sukces polskiego rządu, ponieważ udało się zablokować wspomnianą już kandydaturę Timmermansa na szefa najważniejszej unijnej instytucji. Warto w tym kontekście podkreślić, że ma on i tak zostać wiceszefem KE

Holenderski polityk dał się poznać jako zaciekły krytyk obecnych polskich władz, zaś w kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego brał udział w wydarzeniach organizowanych przez ugrupowanie Roberta Biedronia. Ponadto Timmermansowi sprzeciwiły się inne kraje środkowoeuropejskie, stąd kluczową rolę odegrała tutaj tak naprawdę opozycja wobec jego kandydatury w szeregach centroprawicowej Europejskiej Partii Ludowej (EPP).

Zamiast niego szefową Komisji ma zostać Ursula Gertrud von der Leyen, pełniąca obecnie funkcję niemieckiego ministra obrony narodowej bliska współpracowniczka kanclerz Angeli Merkel. Według europosłów PiS jest ona jednak przede wszystkim „konserwatystką”, dlatego ich zdaniem ma ona „potencjał łączenia Europy”. Problem polega jednak na tym, że von der Leyen wspierała otwarcie politykę „otwartych drzwi” dla imigrantów, parytety w radach nadzorczych firm, a także „małżeństwa” homoseksualne.

Dodatkowo polityk Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) opowiada się za budową federalnej UE, mówiąc jeszcze w 2011 roku wprost o konieczności stworzenia „Stanów Zjednoczonych Europy”. Jej zdaniem europejskie superpaństwo powinno wzorować się pod tym względem właśnie na Stanach Zjednoczonych oraz samej Republice Federalnej Niemiec.

Przede wszystkim obecne rozdanie w unijnych instytucjach wzmacnia tandem niemiecko-francuski. Niemcy uzyskali bowiem nie tylko najważniejszą funkcję w unijnych strukturach, lecz dodatkowo pięć najważniejszych stanowisk w UE nie będzie w żadnym przypadku obsadzone przez przedstawiciela Europy Środkowo-Wschodniej. Szefem Parlamentu Europejskiego został bowiem włoski socjalista David Sassoi, z kolei Europejski Bank Centralny przypadł francuskiej prawnik Christine Lagarde.